|
|
środa, 11 października 2006
W poprzednim odcinku odcinka dwudziestego siódmego
Maria Dolores, czując piekący ból w kształtnej czaszce, powoli i z wysiłkiem otworzyła chabrowe oczy. Zamaskowane postacie odziane w biel pochyliły się nad nią z uwagą.
- Gdzie ja jestem? - spytała słabym głosem.
- Obudziłaś się wreszcie! - usłyszała głos Rosy Ines, w którym lekkie zniecierpliwienie mieszało się z prawdziwą ulgą.
- Co się stało? - szeroko otwarte chabrowe oczęta Marii Dolores patrzyły ze zdumieniem to na siostrę, to na milczące z szacunkiem postacie.
- Panienka ciężko zapadła za zdrowiu wskutek traumatycznego przeżycia - objaśniła jedna z postaci, w której Maria Dolores z wrodzoną bystrością domyśliła się lekarza. - Siedem dni i siedem nocy przeleżała panienka w malignie. Sytuacja była krytyczna, wiec trzeba było zwołać konsylium.
- Ach! - przestraszyła się Maria Dolores.
Rosa Ines dała znak ręką, że chce zostać sam na sam z siostrą. Kiedy lekarze wyszli, popatrzyła na spoczywającą bezradnie na łożu postać, sięgnęła do jednej z licznie zapełniających zamek bezcennych szaf gdańskich i wyciągnęła przepyszną suknię, na widok której rekonwalescentka natychmiast poczuła się zdrowsza. Rosa Ines położyła arcydzieło sztuki krawieckiej na kolanach siostry i oznajmiła:
- Obawiałam się już, ze nie dojdziesz do siebie przed paradą! A zamówiłam dla ciebie suknię u najlepszej i najdroższej krawcowej w mieście! Idealnie skopiowana z modelu, który Julia Robertos miała na Gali Oscarowej!
- Jaką paradą? Przecież dobrze wiem, że w tym miesiącu nie wypada żadne święto! - oburzyła się Maria Dolores, wielka miłośniczka igrzysk z orkiestrą, chorągwiami, sztucznymi ogniami i przystojnymi mężczyznami odzianymi w seksowne mundury.
Rosa Ines nic nie powiedziała, tylko wyciągnęła zza rzeźbionego zagłowia płachtę gazety, której nagłówek wielkimi, złoconymi literami ogłaszał: "Matka Renata de Bergeron narodową bohaterką". - Parada jest na cześć matki przełożonej?! - zapiszczała Maria Dolores, klaszcząc w ręce z zachwytu, że jej uwielbiana przewodniczka duchowa i niedościgły wzór wszystkich wychowanic klasztoru zyskała wreszcie należny hołd w szerokim świecie. Natychmiast zagłębiła się w lekturze, a nieco uspokojona Rosa Ines przeszła do sąsiedniego pokoju, by wysłuchać orzeczenia konsylium. Lekarze zgodnie i z wielką powagą pokiwali glowami, a przewodniczący wystąpił i oznajmił:
- Ciężki i zagrażający życiu przypadek Histeriosum Niewydymiosum...
*** Tymczasem w odległej republice...
Do sali nadciągnął zaufany zausznik na czele orszaku dwunastu myśliwych uzbrojonych w łapki na muchy, trzech sekretarzy stanu dźwigających największą pałacową drabinę i jednego ministra porządku publicznego niosącego papiery niezbędne do sporządzenia raportu.
Pod czujnym okiem M'sieur de Canard'skiego rozpoczęło się polowanie.
Ciąg dalszy nastąpi
piątek, 29 września 2006
W poprzednim odcinku odcinka dwudziestego szóstego
Kiedy Maria Dolores osunęła się na ziemię, Romeo Giertychelii rozejrzał się czujnie, czy nikt nie widzi, po czym podbiegł i z miną uczniaka zaglądającemu po kryjomu w klasowy dziennik pomacał szybkim ruchem zawartość gorsecika dziedziczki. Zawstydzony, sam siebie zdzielił po grzesznej prawicy i przeżegnał się, mamrocząc zdrowaśkę dla uspokojenia rozszalałych zmysłow. Dopiero wtedy ponowił okrzyki:
- Doktora! Na pomoc!
Nie wiedział, że Rosa Inez obserwowała całe zajście z okna, przysłoniętego ciężką, aksamitną kotarą, która wszakże falowała sposób w nie dający się wyjaśnić zwykłym przeciągiem. Widząc, co się wyprawia na dole, prychnęła z oburzeniem, po czym uznała, że niestety nie obejdzie się bez jej interwencji. Z westchnieniem żalu kazała urodziwemu parobczakowi przestać i naciągnąć kalesony, sama strzepnęła zadartą spódnicę, przygładziła włosy i dostojnym krokiem zeszła na dół, przywołując jednocześnie kucharkę Isaurę i resztę służby.
- Przynieście nosze, natychmiast! - zadysponowała. - Trzy sztuki!
- Ależ jaśnie panno, mamy ino dwa truchełka - zdziwiła się kucharka.
- Nie szkodzi, zaraz będzie i trzecie! - odrzekła mściwie starsza dziedziczka. Wprawdzie nie pałała do naiwnej i mało bystrej Marii Dolores wielką siostrzaną miłością, ale poczuwała się do rodzinnej solidarności.
Kiedy wparowała na taras z gromadką służących, Romeo Giertychelii klęcząc przed Marią Dolores okrywał ją własną marynarką. Na widok Rosy Ines powstał i zbolałym głosem oznajmił:
- Biedactwo zemdlało z wrażenia. Tłumaczyliśmy sobie ręcznie pewne sprawy z seniorem Alfonso i jej biedne nerwy tego nie wytrzymały - dodał, kiwając głowa ze współczuciem.
- Senior, daruj sobie to expose. Wszystko widziałam! - przerwała mu Rosa Ines.
Romeo zagapił się na nią ze zgrozą i nawet nie zauważył małej piąstki, mknącej z prędkością komety. Za to doskonale poczuł, jak wylądowała na jego szczęce. Nad jego głową zawirował milion gwiazd, a potem nastała ciemność.
- Nikt bezkarnie nie podnosi ręki na kobiety naszego rodu! - zagrzmiała Rosa Inez. - No chyba, że same sobie tego życzą - dodała po cichu, tak, by służba nie usłyszała.
- Czego się gapisz, głupia? - zwróciła się do zastygłej ze zgrozy kucharki Isaury, gromiąc wzrokiem resztę zbitej w kupkę gromadki. - Wszak mamy i trzecie truchełko. Ładujcie na nosze!
*** Tymczasem w odległej republice...
Podczas gdy zaufany zausznik przeczesywał pałac prezydencki w poszukwianiu łapki na muchy, M'sieur de Canard'ski postanowił skrupulatnie zanotować datę wydarzenia w swym notatniku "tajne przez poufne". - Nie zaszkodzi odwiedzić pałacowego astrologa. Na pewno znajdzie wytumaczenie dla tej dramatycznej sytuacji w jakiejś złowróżbnej koniunkcji maleficznych planet - pomyślał, zatykając jednocześnie uszy, które puchły już od tego ciągłego "fonhołm". Ciąg dalszy nastąpi
środa, 27 września 2006
W poprzednim odcinku odcinka dwudziestego piątego
Przyszpilony do dębowego blatu Jesus Alfonso w panice rozejrzał się na boki, licząc może na interwencję czujnej Rosy Ines, jednak znikąd nie nadchodził ratunek. Wobec faktu obecności ważnej widowni w postaci zarumienionej z emocji Marii Dolores nie miał innego wyjścia, jak stawić czoła potężnemu wrogowi, który wszak tak niedawno był jego sojusznikiem. - Nigdy więcej nie łap dwóch srok za majtki, patafianie! - mruknął sam do siebie wściekły, że podkusiło go uszczknąć i drugiej sroczki, wszak jednej było aż nadto. Jesus Alfonso oblizał się na wspomnienie nadzwyczajnych talentów starszej dziedziczki, lecz wnet do rzeczywistości przywołał go głos Giertychellego, który wskutek wściekłości stracił był miłe dla ucha dźwięczne tony i brzmiał teraz po prostu piskliwie, psując pokaz męskiej siły i energii. Zdenerwowało to dodatkowo i tak już rozjuszonego Romea. - Broń się, łotrze, jeśli ci życie miłe! – syknął więc złowrogo, kątem oka ogarniając sytuację i konstatując z zadowoleniem, iż pomimo kompromitującej awarii fonii młodsza dziedziczka wpatruje się w niego jak w święty obraz, a jego świeżutko wyglansowane buty z ostrogami zgodnie z obietnicą francuskiego szewca, sprzedającego swe wyroby hurtowo i detalicznie na Allegro, dodają paryskiego szyku atletycznej figurze. Na takie dictum Jesus Alfonso w ataku rozpaczy pochylił głowę, lecz zamiast ukorzyć się przed rywalem, zaatakował niespodziewanie niczym buhaj na corridzie. Zaskoczony Romeo nie był dość szybkim matadorem i cios Jesusa Alfonso trafił celnie. Zamroczony mężczyzna osunął się z jękiem na podłogę, w ostatniej chwili chwytając zdrajcę za czuprynę. Wkrótce rywale tarzali się po werandzie, łomocząc pięściami, gdzie popadło. Wtem przez bitewny zgiełk zaczęły się przedzierać dziwne odgłosy, jakby śmiech i płacz jednocześnie. To Maria Dolores z nadmiaru emocji dostała ataku histerii. Panowie bez wątpienia kontynuowaliby krwawą jatkę, ale Maria Dolores zaczęła rwać włosy z głowy i drzeć na sobie szaty, odsłaniając to, czego przyzwoita panienka nie powinna nawet sama oglądać w zwierciadle, a co dopiero ukazywać oczom dwóch mężczyzn, z których żaden nie jest jej mężem. Obydwaj panowie zagapili się w oszołomieniu, nie bacząc, iż z rozbitych nosów zwisają im krwawe smarki. Pierwszy oprzytomniał Romeo Giertychelli, rzucił się jak tygrys na Jesusa Alfonso, pogrążonego w kontemplacji całkowicie wystawionych na światło dzienne podwiązek chichoczącej i szlochającej panny, obalił go na ziemię, zdzielił w szczękę, ugryzł w ucho i powstał, by ratować Marię Dolores przed hańbą. Na odchodnym kopnął jeszcze leżącego bez ruchu rywala, dając mu zakosztować swojej ostrogi. Kopnąłby go i drugi raz, ale trzask rozdzieranej tkaniny przypomniał mu w jednej chwili, iż sytuacja jest dramatyczna. - Mario Dolores! Opamiętaj się! Co czynisz, szalona! – krzyknął w rozpaczy, gdyż Maria Dolores, zdarłszy z siebie wierzchnią suknię, zabrała się za tasiemki u gorsetu. – Lekarza! Lekarza! Nadobna dziedziczka jednak nie zważała na jego słowa i była coraz bliżej ukazania światu dorodnych jabłek, uwięzionych dotąd w fiszbinach gorsetu. Zdesperowany Romeo chwycił stojący na stole dzbanek od kawy i zdzielił nim swą ukochaną, która z błogim uśmiechem osunęła się na ziemię, rozkładając nogi w sposób wysoce nieprzyzwoity. *** Tymczasem w odległej republice... W oczekiwaniu na zaufanego zausznika M'sieur de Canard'ski wydobył z lewego buta pancerny notatnik z wygrawerowanym złotymi głoskami napisem „tajne przez poufne”, a z prawego niepozorną puderniczkę, która kryła w sobie jednak trzykrotnie powiększające zwierciadełko. - Nie zaszkodzi zlustrować gada – mruknął patrząc z nienawiścią na Tajemniczego Obcego, który wciąż powtarzał swoje „fonhołm”. Ciąg dalszy nastąpi
wtorek, 26 września 2006
W poprzednim odcinku odcinka dwudziestego czwartego
Soczysty baryton Romea G. rozległ się w przerywanej jedynie trelami ulubionych kanarków Marii Dolores ciszy niczym dźwięk trąby jerychońskiej. Oderwany siłą tegoż głosu od pasjonującego zajęcia Jesus Alfonso poderwał się na równe nogi. Maria Dolores dysząc ciężko złapała batystową chusteczkę i zaczęła miąć ją gwałtownie, usiłując zapanować nad objawami tak gwałtownie rozbudzonych żądz, które to jednak objawy dzięki jej do tej pory nieskazitelnej reputacji najcnotliwszej i prawdopodobnie jedynej dziewicy w powiecie mogły łacno uchodzić za oznaki zdenerwowania niezręczną sytuacją. - Wszak oznajmiłeś waćpan, iż ustępujesz pola? – wydusił z siebie Jesus Alfonso, bezskutecznie usiłując zapanować nad drżeniem głosu. Jego palce bezwiednie przykurczały się i rozkurczały, jakby wciąż sunęły po pończoszce urodziwej dziedziczki w poszukiwaniu zaginionej podwiązki. - Ja miałbym ustąpić pola? – Romeo Giertychelli nadął się niczym dorodny kogut. - Ależ, ależ – jąkał się zdetonowany Jesus Alfonso, cofając się o krok. - Ja?! Za kogo mnie masz, chłystku! – Romeo przysunął się bliżej, srożąc brew. Maria Dolores zaczęła gryźć chusteczkę perłowymi ząbkami, a jej oczęta, przed chwilą jeszcze płonące namiętnością, wypełniła żądza uciechy innego rodzaju. Oto dwóch przystojnych mężczyzn właśnie szykowało się do krwawego pojedynku o jej względy. Piękna dziedziczka poczuła się uwielbianą romantyczną heroiną rodem z pasjonującej powieści i w mig postanowiła obdarować zwycięzcę swoimi względami. Wprawdzie w czytywanych po kryjomu w klasztorze gotyckich romansach bohaterki obdarzały walecznych El Conanów i Don Arnoldów zawartością jedwabnej rękawiczki, a nie koronkowych stringów, ale Maria Dolores pod wpływem rad siostry postanowiła co nieco udoskonalić w tej staromodnej fabule. Jej malutki pantofelek zaczął ukradkiem podrygiwać w rytm zasłyszanej w kuchni od zaproszonych przez służące objazdowych muzykantów sprośnej piosenki. Muzykanci kazali się nazywać Wenezuelskimi Kondorami, a piosenka opowiadała o tym, jak to jedna taka mała cała się oddała. Tymczasem panowie kontynuowali pogawędkę, coraz częściej używając ostrych słów, bacząc jednak, by wulgaryzmami nie skazić uszu niewinnego dziewczęcia, które w swej mocno już doskwierającej dziewiczości obserwowało scenę, rozważając z uciechą, który z panów pozbawi ją tego ciężaru. Romeo z groźnym grymasem na pięknej twarzy postępował krok za krokiem w stronę niecnego uwodziciela cudzych narzeczonych, podczas gdy niezbyt udanie nadrabiający miną Jesus Alfonso cofał się przed rozjuszonym przeciwnikiem. W końcu pośladki Jesusa Alfonso klasnęły głucho o zastawiony do porannej kawy stół... *** Tymczasem w odległej republice... Wierny zausznik, uginając się prezd ciężarem piętnastu tomów potrzebnego słownika, wkroczył do sali w chwili, gdy M'sieur de Canard'ski oznajmiał z niesmakiem, patrząc znacząco to na okupującego wytworny plafon owada, to na domniemaną małżonkę, która okazała się być Tajemniczym Obcym: - Ten stwór chyba jest głodny! Zziajany zausznik złożył brzemię u stóp prezydenta i natychmiast wyruszył na poszukiwanie łapki na muchy. - Fonhołm, fonhołm - powtarzał w kółko Tajemniczy Obcy.
Ciąg dalszy nastąpi
środa, 20 września 2006
W poprzednim odcinku odcinka dwudziestego trzeciego
Maria Dolores, mimo mało lotnego umysłu
w lot pojęła, jakie są przyczyny zalotów przystojnego
sąsiada. Pomna ostrzeżeń starszej siostry postanowiła wejść do
gry:
- Ale ojciec Mushroom...
- jęknęła.
- Co on ma do tego? - zdenerwował
się Jesus Alfonso.
- Jeśli wyjdę za mąż przed
trzydziestką, to ojciec Mushroom przejmie nasz majątek, taki jest
zapis w testamencie! - Maria Dolores zręcznie wyrecytowała
kłamstewko, obserwując dłoń sąsiada,
która wędrowała po jej kolanie.
- Spiszemy więc umowę – wyszeptał
młodzian muskając delikatnie wargami jej ucho. - Pani odda mi
posiadłość w zarządzanie, aż do ukończenia trzydziestego roku
życia, a potem wyprawimy huczne weselisko...
- A co z moją siostrą? Ona dziedziczy
połowę majątku – wyszeptała Maria Dolores i złapała za
wachlarz. O ile wachlarz był w stanie ostudzić pąsy na jej licach,
o tyle pulsowanie, które odczuła we wstydliwym miejscu
wzmogło się, podsycane sunącą po udzie ręką mężczyzny.
- Siostrzyczka nie zostanie skrzywdzona.
- coraz namiętniej szeptał do ucha Jesus
Alfonso. - Podzielimy zyski tak, by nikomu krzywda się nie stała. A
ja będę szczęśliwy mogąc dać wszystko obu paniom.
Myśląc o zyskach, Jesus Alfonso
oczywiście wyobrażał sobie obie dziedziczki w wielkim łożu,
niecierpliwie oczekujące jego chuci.
Maria Dolores była już gotowa na
wszystko, gdy nagle nad ich głowami zagrzmiał głęboki głos
Romea:
- Senor Dżizas Al Pacino! Co robisz sam
na sam z moją narzeczoną?
***
Tymczasem w odległej republice...
Mucha na plafonie nieznośnie brzęczała.
Poczwara znów dała głos. Nieustannie powtarzała znaną już
m'sieur de Canard'skiemu mantrę:
- Fonhołm.
Zaufany zausznik nie wracał z
biblioteki...
Ciąg dalszy nastąpi
W poprzednim odcinku odcinka dwudziestego drugiego
- Konie siodłać! - z okna gościnnej
sypialni dobiegł ryk Romea Giertychellego. - Jeszcze dziś opuszczam
to siedlisko zarazy.
W niewinnych oczętach Marii Dolores
zabłyszczały łzy. Starsza siostra postanowiła więc wziąć
sprawę w swe rączęta. Pokręciła z dezaprobatą główką i
oddaliła się niedopiwszy porannej kawy.
Maria Dolores nie została sama na długo.
Na taras wkroczył Jesus Alfonso. Dziewczę przywitało się z
młodzianem i skromnie spuściło oczęta.
- Jak zdrowie, senor?
- zapytała trzepocząc firankami rzęs.
- A dziękuję,
już dziś lepiej. - Jesus Alfonso rozwalając się na plecionym
fotelu. Popatrzył pożądliwie na smutną dziewczynę, a po jego
maleńkim umyśle przebiegło mnóstwo
sprośnych myśli. Maria Dolores, w odróżnieniu od starszej
siostry była czysta, jak pościel wyprana przez czarnoskórą
praczkę. Młodzianowi zachciało się zerwać ten niewinny kwiat
młodości.
- A zatem, droga sąsiadko – zagadnął
dziedziczkę Jesus Alfonso. - Pani narzeczony postanowił opuścić
wasze domostwo?
- Niestety, pewnie z powodu braku celi
prokreacyjnej. - w błękitnych oczętach zaszkliły się łzy.
- A może właśnie dobrze... - w oczach
młodzieńca błysnęły świetliste kurwiki.
- Życzysz mi pan staropanieństwa? -
Maria Dolores wytrzymała jego wzrok.
- Ależ skąd! - młodzian przysunął
się do dziewczyny i wziął do ręki jej drżącą dłoń. - Ja po
prostu myślę, że taka wspaniała kobieta jest warta kogoś
lepszego. Na przykład mnie... Połączylibyśmy nasze serca i
majątki. Ja wiem, wiem, że macie panie ostatnio kłopoty finansowe,
ale przy mojej pomocy postawilibyśmy posiadłość na nogi. Pani
skromne trzysta hektarów kawowych pól i moje,
olbrzymie, dobrze utrzymane trzydzieści... Proszę sobie to
wyobrazić, trzysta trzydzieści hektarów, na których
rośnie kawa, z czego połowa to rozpuszczalna...
***
Tymczasem w odległej republice...
Z ust poczwary dobył się cichy,
chrapliwy głos:
- Fonhołm
M'sieur de Canard'ski z przerażeniem
spojrzał na zaufanego zausznika. Wierny prezydentowi człowiek z mig
pojął jego intencję i pobiegł do biblioteki po piętnastotomowy
Słownik Wyrazów Nieznanych.
Ciąg dalszy nastąpi
W poprzednim odcinku odcinka dwudziestego pierwszego
Następnego poranka dziedziczki siedziały na
tarasie i spożywały lekkie śniadanie. Maria Dolores rozmarzonym
wzrokiem spoglądała na rosnące w równych
rządkach krzaki kawy, zaś jej starsza siostra miała w oczach
troskę.
- To jak będzie z tą celą
prokreacyjną? - spytała Maria Dolores przymilnym głosem.
- Najpierw musimy zmodernizować
plantację, a potem zbudujemy ci celę prokreacyjną. Najlepiej w
kazamatach. - twardo odparła starsza
siostra.
- To ja nigdy nie pozbędę się cnoty. -
westchnęła młodsza.
- Boś głupia.
- starsza wzruszyła ramionami. - Po co zalecałaś się do parobka?
- Bo ja chciałam.... - zająknęła się
Maria Dolores. - Chciałam aby mój ukochany poczuł zazdrość.
- A w efekcie się obraził.
- Ja nie wiedziałam... - młodsza
dziedziczka smutnie spuściła główkę, a promienie słońca
zabłyszczały w jej płowym warkoczu.
- I nadal nic z tego nie masz. Romeo na
po tym jak się ocknął zapowiedział, że
z samego rana odjedzie do pustelni w powiecie berdyczowskim, a ty
nawet parobka nie poużywałaś.
- Skąd wiesz? - Maria Dolores przekornie
przekrzywiła główkę.
- Bo ja go używałam. - brutalnie
oświadczyła Rosa Inez.
Zza pleców dobiegł je dźwięk
rozbijającej się o kamienną posadzkę filiżanek. To Isaura
upuściła dzbanek z kawą.
- Co za niezdara – Rosa Inez pokręciła
głową – rozbiła dzbanek z kawą rozpuszczalną. - A ja tak się
starałam, by pod ukryciem nocy ukraść kilka ziarenek z
eksperymentalnej plantacji w sąsiedztwie.
- Nie sądzę, by uprawa kawy
rozpuszczalnej przyjęła się w naszym regionie. - zmieniła temat
Maria Dolores. - Concha, moja pokojówka,
którą wysłałas w podróż,
powiedziała, że Andreas le Perro zapowiedział kolejne bunty
chłopskie, jeśli ta roślina zagości na naszych polach. Odgrażał
się, że czarnoskórzy robotnicy nie
będą podczas pracy śpiewać bluesowych kawałków, tylko
zaczną rapować.
- Strachy na lachy. - mruknęła Rosa
Inez. - Jak się będzie stawiał, to zamkniemy go w kazamatach.
Tymczasemm zastępująca
nieobecną Conchę, kucharka Isaura przysłuchiwała się
rozmowie sióstr. Cichutko zmywała z
posadzki rozlaną kawę rozpuszczalną i w pamięci notowała każde
słowo dziedziczek. Po uprzątnięciu tarasu wymknęła się cichcem
do kurnej chaty Andreasa le Perro.
***
Tymczasem w odległej republice...
Klęcząca przed prezydentem poczwara
ostrożnie wyciągnęła dłoń. Powoli podniosła palec i wskazała
ozdobny plafon. Wszyscy zebrani w komnacie z uwagą podążyli wzrokiem w miejsce wyznaczone przez potwora: ich oczom ukazała się mucha. Owad
siedział bezczelnie na malowidle przedstawiającym alegorię
czterech pór roku.
Ciąg dalszy nastąpi
niedziela, 17 września 2006
W poprzednim odcinku odcinka dwudziestego
Dziewczętom zaparło dech w piersiach.
Napięte mięśnie na ramionach parobka zdawały się być ze stali.
Kucharka z dumą spoglądała na kochanka i z niepokojem na starszą
dziedziczkę. Nie spodziewała się ciosu, który nadszedł od
Marii Dolores. Dziewczyna zadziwiona krzepą chłopaka, podeszła do niego,
malutką dłonią pogładziła napięte bicepsy,
następnie zręcznym ruchem rozerwała koszulę na jego piersiach i
paluszkiem dotknęła wydepilowanego torsu. Przejechała nim aż do miejsca,
gdzie zaczynały się spodnie i zatrzymała na filuternie
wychodzących z bokserek, równo przystrzyżonych, czarnych włoskach. Jakby w geście niewinności
szybko zabrała paluszek z grzesznej okolicy męskiego ciała i cicho
jęknęła, zadziwiona swoją reakcją. Kucharka Isaura
wbiła w nią wzrok niczym sztylet, ale ona tego nie widziała.
Utonęła w błękicie oceanu, jakim zdawały się być oczy parobka.
- Siostrzyczko, zachowuj się – Rosa
Inez przywołała młodszą dziedziczkę do porządku,
ta jednak ani myślała oderwać wzrok od pięknego służącego.
- Wysłałaś moją osobistą pokojówkę
do stolicy prowincji, nieprawdaż? - zaczepnie spytała Maria
Dolores. - Nie ma mi teraz kto usługiwać, zatem niech ten młodzian
zastąpi Conchitę na czas jej
nieobecności.
Kucharka Isaura nieśmiało zaproponowała
swoje usługi, ale została zignorowana, podobnie jak zdębiały z
wrażenia Romeo Giertychelli i z trudem łapiący powietrze Jesus
Alfonso, ciągle zwisający głową w dół.
- Choć mój piękny – zalotnie
uśmiechnęła się Maria Dolores. - Osobiście pouczę cię w twoich
obowiązkach.
Tego było dla parobka za wiele: puścił
czerwonego na twarzy Jesusa Alfonso i złapał się za głowę, choć
powinien za inną część ciała. Młodzian z sąsiedztwa runął na
podłogę z okropnym krzykiem. Parobek przerażony spojrzał na
spoczywającego w nienaturalnej pozie Jesusa Alfonsa, a potem
przeniósł wzrok na ukochaną Isaurę.
Ta odęła piękne usteczka, poprawiła koronkowy czepek, skrywający
nieskromną czerń warkocza i z płaczem wybiegła. Romeo
Giertychelli podniósł się wreszcie z łożnicy i z wysokości
swej głęboko myślącej twarzy, spojrzał na siostry.
- W tym zamku odprawiają się
bezeceństwa, niegodne dobrego domu. Opuszczam panie na zawsze,
proszę się ze mną nie kontaktować, no chyba, że miałyby to być
prośby o przebaczenie. Kierujcie je do mojej pustelni w powiecie
berdyczowskim, ale nie wiem czy będę czytał korespondencję. Muszę
oddać się modlitwie i ascezie. Z dumnie uniesioną głową udał
się ku wyjściu. Niestety, zapomniał, że gotyckie zamczysko było
budowane w czasach, gdy populacja była znacznie niższa, więc z
hukiem zaczepił czołem o framugę i legł
na progu.
Rosa Inez rozbawionym wzrokiem popatrzyła
na Jesusa Alfonso i Romea Giertychellego.
- No to mamy dwóch mężczyzn w
domu: połamańca i stukniętego. Dopóki piękny Romeo nie
przyjdzie do siebie, nie dowiemy się, jaką tajemnicę kryje nasza
mosiężna kołatka...
***
Tymczasem w odległej republice...
Na znak zaufanego zausznika do sypialni
Mme de Canard'ski wbiegli żołnierze.
Jedni pomogli swojemu prezydentowi wstać, a pozostali rzucili
podmieńca na kolana przed swym władcą.
Stal bagnetów zmroziła szyję ohydy, schowanej pod szatami
pani prezydentowej.
Ciąg dalszy nastąpi
W poprzednim odcinku odcinka dziewiętnastego
Jesus Alfonso zdziwiony ocknął się na
dywaniku i kichnął potężnie, bo frędzel starożytnej kapy
załaskotał go w nos. Romeo Giertychelli pod wpływem kichnięcia
otworzył oczy, spojrzał na panie i w jednej sekundzie skoczył na
proste nogi. Stary materac zadziałał jak trampolina i urodziwy
mężczyzna wyleciał niczym pocisk z procy. Wrócił
za chwilę, ale już z zakurzonym baldachimem na głowie. Wściekły
zaczął go z siebie ściągać, jednak materia unieruchomiła mu
wszystkie członki.
- Teraz! Bierz go! - wrzasnęła do
siostry Rosa Inez. - Niech cię weźmie na oczach nas wszystkich!
Jesus Alfonso zobaczył co się święci
i też dał nura między kłębiące się ciała, licząc na
dokończenie tego, co skończyć nie było mu dane tego wieczora. Z
gościnnego pokoju zaczęły dobywać się okrzyki i westchnienia
godne największego potępienia. Czające się po kątach
wysłanniczki Bractwa Szetlandzkich Kapeluszy wyszły ze swych
kryjówek i dały znać przechodzącej służącej. Dziewka
zaalarmowała resztę służby. Kilka dorodnych dziewcząt i nowy
parobek wpadli do pokoju. Nie wiedząc co się święci, zaczęli
ściągać stary baldachim z poplątanych sylwetek. Gdy stare sukno
oswobodziło osoby na łożu, ich oczom ukazał się przedziwny
widok: Romeo zaciskał udami szyję Jesusa Alfonso, Maria Dolores
ściskała w dłoniach nieświeżą skarpetkę tegoż, a Rosa Inez
próbowała wyplątać obcasy pantofelków spomiędzy
falbanek sukni siostry.
- Senor Dżizas
Al Pacino! - zagrzmiał głos Romea. - Co robisz pan między moimi
udami?
- To ja się pyta, senior co twój
rozporek robi przed moim nosem! Chcesz mnie namówić do
igraszek, jakich nie czyniłem nigdy, i którymi się brzydzę?
- Co mi senor amputujesz? - zgorszony
Romeo usiłował oswobodzić Jesusa Alfonso spomiędzy nóg.
Rosły parobek podszedł do skłębionych ciał i złapał mężczyznę
za łydki. Jednym zręcznym ruchem pociągnął i
podniósł ramiona. Jesus Alfonso zawisł, bezskutecznie
próbując dotknąć dłońmi podłogi.
***
Tymczasem w odległej republice...
Mme de Canard'ski powolnym ruchem
podnosiła welon. Zebrani w pomieszczeniu z zadziwieniem wstrzymywali
oddech. Gdy czarna koronka objawiła oblicze kobiety, okrzyk
zdziwienia rozniósł się po salach pałacu prezydenckiego.
- Nie! - jęknął m'sieur de Canard'ski.
- To spisek! - syknął przez zęby
zaufany zausznik prezydenta.
- Podmienili mi żonę! O moja ukochana,
gdzieżeś? W jakich ciemnych kazamatach obcych więzień przebywasz?
- prezydent runął na kolana i z rozpaczy począł bić czołem o
starą, kamienną i popękaną na przestrzeni wieków posadzkę.
Ciąg dalszy nastąpi
W poprzednim odcinku odcinka osiemnastego
Panie z czułością patrzyły na swoich
kochanków. Panowie spoczywali na wielkim, trzeszczącym łożu,
w jednym z pokojów gościnnych.
- Jakiż on piękny! - westchnęła Maria
Dolores patrząc na zemdlonego Romea Giertychellego. Ponieważ
ukochany młodszej siostry był mężczyzną słusznego wzrostu, jego
stopy odziane w błyszczące lakierki smętnie zwisały poza materac.
Inna część ciała jednakowoż nie
zwisała.
- I jaki męski! - zaśmiała się Rosa
Inez. - Od pół godziny leży zemdlony, a tu ciągle... -
postukała palcem w twardość w okolicy rozporka.
- Myślisz, że śni o mnie w celi
prokreacyjnej? - rozmarzyła się Maria Dolores.
- To wam trzeba specjalną celę budować?
- zgorszyła się siostra. - Nie wiesz nawet jakie wydatki nasz
czekają! Będziemy musiały zmodernizować plantację. Czy ty wiesz,
że sąsiedzi sprowadzili sadzonki kawy rozpuszczalnej... a my?
Siedzimy w plantatorskim średniowieczu! A do tego jeszcze ten le
Perro: niby wysypując na drogi importowaną kawę działa na naszą
korzyść, ale tylko pozornie. Podburza chłopów, by zakładali
związki zawodowe i spółdzielnie produkcyjne! A ty, o
niewdzięczna, jeszcze wyciągasz do mnie rękę bym dała na budowę
celi prokreacyjnej! Nie ma mowy! Nie będzie dzieci w naszym
zamczysku, zanim lokalne władze nie ogłoszą becikowego
dla każdego. - oświadczyła twardo.
- Więc mam umrzeć dziewicą? -
rozszlochała się Maria Dolores.
- Skoro twój wybranek jest gotowy
do akcji, to może wykorzystasz moment jego niedyspozycji? - Rosa
Inez szelmowsko oblizała karminową wargę różowym
języczkiem, czym zlizała z ust resztę szminki o smaku malinowym. -
Poczekaj, zaraz ci przygotuję kochanka! - wskoczyła na łoże,
podpatrzonym u stryjaszka Chucka
kopniakiem zrzuciła z łożnicy ciągle nieprzytomnego Jesusa Alfonso i
złapała Romea za rozporek. Zręcznym ruchem złapała za suwak i
już miała go rozsunąć, gdy coś ją zaniepokoiło w krągłościach
romeowych dżinsów.
- On nie jest gotowy! - wykrzyknęły
obie siostry jednocześnie.
- Coś tkwi w jego kieszeni. - wyszeptała
zdumiona Maria Dolores.
- To nasza mosiężna kołatka! - dwa
damskie głosy rozległy się w gościnnej sypialni, co wybudziło
obu panów.
***
Tymczasem w odległej republice...
M'sieur de Canard'ski władczym tonem
spojrzał na ubraną na czarno małżonkę. Koronkowy welon powoli
podnosił się i ukazywał w skąpym świetle świec oblicze
prezydenckiej małżonki.
Ciąg dalszy nastąpi
|